czwartek, 31 maja 2012

Dwudziesty album:
Cryptic Writings

Kolejny tydzień, kolejny post. Dzisiaj pod lupę wziąłem bardzo popularny w światku metalowym album "Cryptic Writings" Z racji, że jutro udaję się na Metalfest, dzisiejszy post napiszę przy współudziale mojego znajomego z którym się na niego wybiorę. Megadeth jest główna gwiazdą jutrzejszego wieczoru jak i całego festiwalu. Liderem kapeli jest Dave Mustaine, były gitarzysta Metallicy, w swojej kapeli przejął rolę głównego kompozytora, wokalisty oraz gitary prowadzącej. Megadeth zaliczany jest do Wielkiej Czwórki Thrash Metalu tuż obok Antahrax, Slayera i Metallicy, są to kapele, które wywarły najbardziej znaczący wpływ na gatunku metalu zwanym Thrash Metal. Thrash w tłumaczeniu znaczy miażdżyć, chodzi o to, że muzyka ta jest bardzo dynamiczna, agresywna i jednocześnie mocno uderza w uszy odbiorcy, bardzo wyrazistymi mocnymi gitarowymi brzmieniami. Muzyka ta wiele zapożyczyła z muzyki punkowej, chodzi o to aby muzyka poruszała ludzi miała coś do powiedzenia, był to pierwszy rodzaj metalu który zaczął poruszać sprawy polityczne, problemów na świecie. Testy Dave'a są pełne ekspresji, przemyśleń i jego wewnętrznych odczuć. Cytat z Wikipedii: "Nazwa zespołu to fonetyczne brzmienie angielskiego (megadeath) określenia hipotetycznej jednostki miar, oznaczającej liczbę miliona osób, które zginęłyby w wyniku eksplozji nuklearnej."

Na płycie znalazło się 8 kawałków. Jednym z moich ulubionych utworów jest "Trust", ponieważ jest to jeden z kawałków, który skłania do refleksji. Zaczyna się spokojnie i jednostajnie, by wybuchnąć niesamowitym riffem. Tekst opowiada o zaufaniu (jak mówi przecież tytuł), o tym, jak ciężko zaufać po wielu błędach po kilku zawodach. w refrenie słyszymy:
"My body aches from mistakes
Betrayed by lust
We lied to each other so much
That in nothing we trust"

Kawałek który najbardziej lubię zatytułowany jest "Vortex". Riff w tej piosence jest niesamowity, od razu angażuje słuchacza w cały utwór. Tekst nie jest tak oczywisty jak ten poprzedni, opowiada o "kłebowisku bólu(?)"(Vortex of pain). Słucha się tego naprawdę przyjemnie, riff jest naprawdę tłusty, wokal naprawdę ambitny a solówka na końcu niesamowita. Serdecznie polecam.

Nie mogę się doczekać jutrzejszego koncertu, można powiedzieć czekałem na tą chwilę pół życia! Trzymajcie się ludzie. In metal we trust! :D

niedziela, 20 maja 2012

Dziewiętnasty Album:
Arcross the Dark

Haha it łil bikom a biłikli blog i ges :D Ostatnio przejrzałem bloga i zdziwiłem się gdy nie zauważyłem posta o tym albumie, opiszę teraz najprzyjemniejszy zespół grający death metal - "Insomnium". Wszystkie ich piosenki z pewnością komponował mistrz mistrzów w swoim fachu. Brzmienie jest naprawdę ciężkie jednak wszystko się tu dopełnia w 150%. Pod względem technicznym imponują mi w każdej sekundzie. Sam chciałbym uczestniczyć w takim zespole :< Ile trzeba by nagrać doskonałe kawałki? Mistrzowskiego wokalisty grającego mistrzowsko na basie, dwóch mistrzowskich gitarzystów, i mistrza perkusji! Ten fiński zespół powstał w 1997 roku, pierwszy raz demo wydali w 1999 roku. Krążek który recenzuję jest czwartym oficjalnym albumem z 2009 roku.

W Polsce niewiele osób zna ten skład. Zazwyczaj obierają typową trasę koncertową dla młodszych zespołów. Mam tu na myśli wszystkie kraje sąsiadujące z naszym krajem. Ostatnio grali w Pradze ale pieniążki(a raczej ich brak) nie pozwolił mi się tam wybrać. Ja trafiłem na nich przypadkowo, na jednej z płyt które dostałem od wujka był ten zespół. Na początku podchodziłem do tych kawałków z dystansem jednak lecące w tle "The Lay of Autumn" przekonało mnie do nich i przekonuje do dziś. Gdy nie mam czego słuchać wystarczy że włączę ten album rozpocznę wyżej wymienionym kawałkiem i nie ma że nie ma czego słuchać! Ogólnie rzecz biorąc jak chciałbym określić się muzyką wybrałbym na pewno to o czym właśnie piszę. Jest to najpiękniejszy rodzaj muzyki jaki poznałem. Takie ostatnie przemyślenia: w sumie ta muzyka towarzyszy mi od jakiś dwóch i pół roku, innymi zespołami się jarałem bardziej lub mniej, ale "Insomnium" ciągle zostaje gdzieś tam na miejscu nieco powyżej pierwszego w moim rankingu, wszystko staje się bardziej epickie gdy w tle słyszysz te dźwięki :)

Kawałek otwierający płytkę zatytułowany został "Equivalence"(ang. równowartość). Rozpoczyna się spokojnym wejściem. Trwa bardzo długo bo aż minutę i trzydzieści sekund(prawie połowa utworu), dla mnie prawdziwy utwór zaczyna się gdy wchodzi bas, wtedy już wszystko jest na swoim miejscu i robi miejsce na perkusje. Szepty wokalisty rozmiękczają nogi xD Melodia na basie w tle gra, człowiek nie wie czego ma słuchać, dopiero za którymś razem idzie wszystko ładnie oddzielić. Nie pojmuję jak można to wszystko tak ładnie dopasować i zgrać. Same komentarze pod nagraniem na youtube mówią wszystko. Jest to prawdziwe arcydzieło i w moim sercu zostanie takie na zawsze. Prosta acz chwytliwa melodia odsyła człowieka gdzieś za granice wyobraźni, tam gdzie można wszystko :) Kończy się różnowartościowym co do wstępu zejściem, zmusza by słuchacz chciał więcej.

Nadszedł czas na największe dzieło wszechświata, coś na co cały świat tak naprawdę czekał ale nie wiedział o tym :) "The Lay of Autumn" daje możliwość zamienić każde dziewięć minut w jedne z najlepszych dziewięciu minut w życiu! Za duży splendor ma ten kawałek zostałem jego niewolnikiem xD Będę go słuchał do końca życia. Zaczyna się dosyć spokojnie, ale... Ale melodia na początku jest wszystkim, taki początek zapowiada naprawdę świetny kawałek. Na gryfie odległości nie są dalekie, tempo też nie jest niesamowite, jednak ta melodia jak tak chwytliwa, że nie można jej nie kochać. Razem z wokalem wchodzi zmiana tematu. Zaznaczam, że warto się momentami wsłuchać w grę perkusji - jest równie wspaniała co cała reszta. Następnie przychodzi spokojniejszy kawałek, dający możliwość popisu basisty-wokalisty. Następnie znowu wchodzi growl, z kolejnym riffem. Po tym wchodzi nieco bardziej dynamiczny kawałek, później wracamy do pierwszej melodii i osiągamy pieprzoną nirwanę! Śmieszne jest to że muzyka potrafi tak wpływać na ludzi. Drugi kawałek utworu zaczyna się po czwartej minucie. Nie wyróżnia się niczym specjalnym, nadal jest świetny. Ciągle podziwiam grę prowadzącego gitarzysty. 5:45 wchodzi spokojniejszy moment. Uszy mogą sobie odpocząć i rozkołysać się przy basowej melodii. Następnie gdy wchodzi pulsująca melodia człowiek znowu odpływa, mi się ten moment kojarzy ogólnie ze zwycięstwem. Piosenka zaczyna się kończyć zaraz przed ósmą minutą, wszystkie wątki są rozwiązywane a wokaliście pewnie chce się pić :) Wspólna praca gitar na końcu jest niezwykle przyjemna i zakończenie jak zwykle zostawia niedosyt :)

Post temu nie dałem listy kawałków, po co to komu? Wy z tego nic nie macie, a ja muszę się narobić :D Cieszy mnie fakt, że jest kilka osób czytających moje wypociny. Nie spodziewałem się tego, jest to dla mnie naprawdę miłe zaskoczenie. Trzymajcie się ze mną a nie skończę pisać tak prędko.
Haha, najbardziej pochwalony album wszechczasów :)
Niech Insomnium będzie z wami~!~!~!

niedziela, 6 maja 2012

Osiemnasty album:
See You on the Other Side

Cholera jasna, tyle wolnego i się skończyło. Człowiek wpada w depresyjny nastrój. KoRn to naprawdę depresyjna muzyka, koleś przerzuca cały swój smutek w nagrania. W wyniku powstaje naprawdę ciężka muzyka. Efekt to jest pożądany, momentami potrafię słuchać tego w koło, przyszedł na to czas.

Oto trochę wikipedii na wstęp: "Korn (oficjalna pisownia: KoЯn) – amerykańska grupa muzyczna wykonująca nu metal. Powstała w 1993 roku w Bakersfield w stanie Kalifornia po rozwiązaniu formacji L.A.P.D. Od 2009 roku oficjalny skład formacji stanowią Jonathan "Hiv" Davis, James "Munky" Shaffer, Reginald "Fieldy" Arvizu oraz Ray Luzier. Według danych z 2009 roku zespół sprzedał 16 mln płyt w Stanach Zjednoczonych oraz 32 mln na całym świecie. Grupa sześciokrotnie nominowana do nagrody amerykańskiego przemysłu fonograficznego Grammy została nagrodzona dwukrotnie. W 1999 roku za utwór "Freak on a Leash" i w 2002 roku za kompozycję "Here to Stay"."

Ogólnie przeszłość frontmana zespołu Jonathana jest bardzo niewesoła stąd tyle smutku w przekazie i stąd w nich jest tyle uczuć. Dla wielu mogą być to tylko kawałki w których gościu się drze. Wyraża siebie jak każdy ambitniejszy artysta. Jego wspomnienia zawarte są w dużej pigułce w kawałku "Daddy" z debiutowego albumu "Korn" jednak nie o nim dziś. "See You on the Other Side" to ósma płyta składu wydana w 2005 roku. Zawiera najwięcej spokojnych i melancholijnych kawałków, na które osobiście mam ochotę. Jest też oczywiście kilka mocniejszych kawałków. Całość albumu opowiada raczej o zjawiskach społecznych, to co spotyka naprawdę wielkich mas, to czym ludzie żyją zaślepieni własną monotonią. Jest to jeden z ostatnich albumów po których wg. mnie zespół się niestety wypala tracąc ciężkie brzmienie które osiągnąć może wyłącznie człowiek i jego instrument na rzecz muzyki elektronicznej i napieprzania po basie myśląc, że zlepek odpowiednio ułożonych sampli doda muzyce wydźwięk chwytający za serce. Owszem taka muzyka może być przyjemna jednak brak tu uczuć, za które tak bardzo ceniłem ten zespół. Wracając znowu do albumu - klimat jest prawie identyczny do poprzednich albumów i doskonale pokazuje co potrafi KoRn. Ogólnie z tego co kojarzę znajomi dobrze kojarzą utwory z tego albumu, myślę że jest godny polecenia jako pierwszy dla niektórych ;)

"Seen At All" to kawałek który aktualnie leci i czuję, że mogę go spokojnie zrecenzować. Czuć mrok na odległość, czuć przegraną i brak nadziei, trzeba odejść. Przesłanie jest proste: to co sami zepsuliśmy nie jesteśmy w stanie naprawić.(btw. dobrym akcentem powracającym do korzeni zespołu jest "solo" na dudach które wykonuje Jonathan, tak on gra na dudach.)

"I've seen it all
Still can't taste it
Smashed to the wall
Brought me to my knees
I've done it all
Fucked up, wasted
Still in my blood
Now inside i'm seen"

Drugim kawałkiem który opiszę jest "Tearjerker". Dosłownie po polsku to znaczy "wyciskacz łez". Ciągle mam w pamięci ten kawałek, poznałem go dosyć dawno temu siedząc przed monitorem czytając jakieś żmudne rzeczy o czymś. Nie pamiętam dokładnie o czym. Wiem tylko tyle że słuchałem tego później przez całą noc. Utwór mówi o samotności, która dotyka każdego z nas, choć przez chwilę. Czasem dłuższą, czasem krótszą. Słabsze umysły mogły by być skore do samobójstwa przy tej piosence :O Mnie ona wycisza i daje odpowiedni klimat to prostego myślenia. Nie zawsze człowiek ma ochotę na coś takiego, powiedziałbym, że raczej woli unikać takiej muzyki. Jednak gdy się jest w szarym nastroju...

and I wish I could feel it
and I wish I could steal it
abduct it, corrupt it
but I never can, it's just
Saturated loneliness

Ha, rozpisałem się trochę więcej niż chciałem w sumie. Może to i dobrze. Nie powpadajcie tylko w zły nastrój przeze mnie, macie na pocieszenie coś tutaj ;)

niedziela, 22 kwietnia 2012

Siedemnasty album:
Toxicity

Omfg męczący tydzień, pomyśleć, że zbliża się wstępnie jeszcze bardziej męczący. Na szczęście ostatnio przypomniałem sobie o pewnym ciekawym zespole. System of a Down to z pewnością jeden z popularniejszych metalowych kapeli. Ich muzyka jest przystępna, ale mimo wszystko niezwykle ambitna. Im jako niewielu udało się doskonale połączyć ostre dynamiczne kawałki z powolnymi przerywnikami pełnymi progresji. Doskonałym przykładem na to jest "Chop Suey", ale o tym później.

Z wikipedii: "System of a Down – amerykański zespół muzyczny wykonujący metal alternatywny. Zespół został założony w 1994 roku w Glendale w stanie Kalifornia przez muzyków pochodzenia ormiańskiego. Działalność zespołu została zawieszona w 2006. W 2011 roku formacja wznowiła działalność.

Btw. Ormianie (orm. Hajer, Հայեր) – naród indoeuropejski zamieszkujący początkowo obszar Zakaukazia i Wyżyny Armeńskiej, posługujący się językiem ormiańskim. W wyniku wielowiekowych emigracji, obecnie częściowo rozproszeni, tworzą 5-milionową diasporę. Jednym z filarów tożsamości Ormian jest przynależność do jednego z trzech głównych Kościołów ormiańskich. Ormianie to starożytny naród, szczycący się 3000-letnią historią. Jednocześnie to najstarszy chrześcijański naród na świecie - chrzest przyjęli w 301 r. n.e."

Co do zespołu - wokal Serja "uwiedzie" każdego, on nadaje się w sumie do wszystkiego, pomoc gitarzysty Darona Malakiana wspomaga cały efekt. System gra muzykę, która podoba się każdemu, bez względu na jego preferencje muzyczne. To jest w tym najpiękniejsze. Trzeba jednak przyznać, że ich sukces opiera się w sumie na tym albumie, szczególnie na wcześniej wspomnianej piosence "Chop Suey". To piosenka idealna, z powolnym wejściem, wybuchem w dalszej części, spokojniejszymi momentami i wokalem Serja. Tytuł to niby nazwa zupy, jednak myślę, że chodzi o inne znaczenie - samobójstwo. Utwór jest znany każdemu, powstało wiele remixów czy obrazków na kwejku czy 9gagu jak np. "I don't always wake up, but when I do I do chwsylyfdcxy little makeup" etc. :) Myślę, że mógłby to być hymn łączący choć na chwile ludzi wszystkich poglądów. Na youtubie ich kawałek ma 231342 głosów na tak i 5210 na nie. Nie wiem czemu.

Drugi kawałek który opiszę to "Toxicity" czyli tytułowy utwór. Według mnie kawałek jest dużo lepszy ze strony wokalu Serja. Może się tu wykazać całym swoim talentem. Sam tekst jest ambitniejszy lecz mniej chwytliwy. Artyści oceniają świat. Ten tekst jest wszystkim w pigułce:
Somewhere, between the sacred silence and sleep,
Disorder, disorder, disorder.

Jest jeszcze jeden utwór wart wspomnienia. Czysta progresja. Szczątkowy tekst, wielkie przesłanie - "Psycho"

Na płycie znajdziemy:

CD 1

  1. "Prison Song"
  2. "Needles"
  3. "Deer Dance"
  4. "Jet Pilot"
  5. "X"
  6. "Chop Suey!"
  7. "Bounce"
  8. "Forest"
  9. "ATWA"
  10. "Science"
  11. "Shimmy"
  12. "Toxicity"
  13. "Psycho"
  14. "Aerials"
  15. "Arto"
Bonus CD 2
  1. "Johnny"
  2. "Sugar"
  3. "War?"
  4. "Suite-Pee"
  5. "Know"

Nie dziwcie się czemu tak późno opisuję tak popularny album, bo jest tak popularny, że nie wymaga recenzji nikogo :)

niedziela, 1 kwietnia 2012

Szesnasty album:
Latelarus

Metal to nie jest muzyka dla każdego. Niektóre melodie potrafią wprowadzić w prawdziwą melancholię. Doskonałym przykładem takiej muzyki jest Tool. To muzyka do słuchania, wyłącznie. Przy niej można przestać myśleć o czymkolwiek. Doskonale również się śpi słuchając tego, polecam.

"Tool to amerykańska grupa wykonująca muzykę z pogranicza rocka i metalu progresywnego. Założona w 1990 roku w Los Angeles przez wokalistę Maynarda Jamesa Keenana, gitarzystę Adama Jonesa, basistę Paula d'Amoura i perkusistę Danny'ego Careya. Do 2007 roku zespół wydał cztery albumy studyjne które zostały pozytywnie ocenione zarówno przez fanów, jak i krytyków muzycznych.
Zespół dał szereg koncertów na całym świecie i uczestniczył w licznych festiwalach: Lollapalooza, Coachella, Download Festival, Roskilde, Big Day Out oraz Bonnaroo. Został wielokrotnie nagrodzony i wyróżniony w plebiscytach muzyki heavy metalowej, trzykrotnie otrzymał nagrodę amerykańskiego przemysłu fonograficznego Grammy. W samych Stanach Zjednoczonych grupa sprzedała blisko 11 mln egzemplarzy płyt. Podczas koncertów Tool prezentuje charakterystyczny rodzaj ekspresji, obejmujący rozwiązania scenograficzne z użyciem wizualizacji." - Wikipedia.

Latelarus to trzeci album zespołu, nie odstający zbyt wiele od reszty. Jest tylko troszkę dłuższy. Muzyka zawarta w tym albumie jest tajemnicza, ciężka i pasjonująca. Zresztą jak wszystkie inne. Wydany 15 maja 2001. To właśnie na nim został zawarty najlepszy kawałek tego składu - Schism. Nagrany jako pierwszy singel do albumu. Za ten utwór Tool otrzymał w roku 2002 nagrodę Grammy w kategorii "Najlepsze wykonanie - Metal". Jest świetny, jednak po odpowiednim zaangażowaniu. Wtedy właśnie "the pieces fit".

Polecam również tytułowy kawałek Latelarus. Jestem pewny, że każdy człowiek ten typ muzyku przeżywa całkowicie inaczej. Zapraszam do przeżycia po swojemu :D

Tytuły na płycie to:

  1. "The Grudge"
  2. "Eon Blue Apocalypse"
  3. "The Patient"
  4. "Mantra"
  5. "Schism"
  6. "Parabol"
  7. "Parabola"
  8. "Ticks & Leeches"
  9. "Lateralus"
  10. "Disposition"
  11. "Reflection"
  12. "Triad"
  13. "Faaip de Oiad"

Miszyn komplit, mam nadzieję, że komuś ta muzyka przypadnie do gustu :D Jest ambitna, sam nie zawsze mam ochotę. Widzimy się za tydzień!

niedziela, 25 marca 2012

Piętnasty album:
My Own Prison

Omgrox! Tym oto pozytywnym akcentem zaczynam recenzję niezbyt pozytywnego albumu. Wystarczy spojrzeć na samą okładkę by się zorientować, że treści przedstawiane na tym krążku nie będą zbyt wesołe, jednak muzyka tu zawarta jest niezwykle ambitna i porywająca. Nic dziwnego, koszty włożone w nią były niezwykle małe (6 tysięcy dolarów), a debiutancki krążek zespołu "Creed" zdobyła 6 platynowych płyt i jest w pierwszej dwusetce najlepiej sprzedających się albumów w Stanach Zjednoczonych wszech czasów.

"Creed" to amerykański zespół wykonujący muzykę z pogranicza rocka i grunge'u. Powstał w 1995 w Tallahassee na Florydzie. Wypromowali się poprzez miejscowe radio, ich droga do sukcesu nie była długa. "Creed" to zespół, który wspiął się muzyką a nie skandalami, jak to bywa u niektórych wykonawców.

Z wikipedii: "Creed jest czasem przypisywany pod rock chrześcijański, ponieważ pierwsze trzy albumy były poświęcone głównie pytaniom dotyczącym wiary, chrześcijaństwa i wieczności. Grupa nigdy nie podpisała kontraktu z wytwórnią specjalizującą się w tym nurcie muzyki, nigdy nie uczestniczyła w ważnych uroczystościach religijnych, ani nawet nie rozsyłała nagrań do chrześcijańskich rozgłośni radiowych. Mimo to, nazwa grupy dotyczy bezpośrednio chrześcijańskiego wyznania wiary, znanego jako Credo. Również niektóre tytuły utworów, takie jak "Higher", "My Sacrifice", "What's This Life For", "My Own Prison", "With Arms Wide Open" czy "One Last Breath" zawierają aluzję do Chrześcijaństwa, pomimo braku potwierdzenia tego faktu przez grupę." Jak dla mnie wszystkie wartości filozoficzne, dobra i zła itd. mogą być podporządkowywane do niemalże wszystkich religii.

Creed poznałem gdy usłyszałem kawałek "One". Mówi głównie o ludziach (hmm.. dziwne co nie? :D) i o ich nienawiści. Podmiot próbuje zmienić świat i ludzi jednak nie jest w stanie tego zrobić, gdyż jest sam na świecie. Kawałek jest świetny. Szczególną uwagę przykuwa pod koniec utworu mostek z dziwnym efektem, który potrafi wycisnąć łzy. Nie wiem jak osiągnęli to dźwiękowcy jednak jestem pod wrażeniem. Polecam ten utwór każdemu, bez względu na płeć, wiarę, więk i oczywiście gust muzyczny ;]

Nie zabraknie też tytułowego majstersztyku. "My Own Prison" to utwór promujący płytę. Tematyką nie odstaje od reszty. Moją uwagę przykuł tekst:
"Więc trzymam głowę wysoko ukrywając nienawiść która we mnie płonie
Która tylko napędza samolubną dumę
Wszyscy jesteśmy trzymani na uwięzi daleko od słońca które świeci tylko niektórym"
Muzyczna sfera tego utworu jest spokojna, jak dla mnie w zwrotkach chodzi głównie o tekst, jednak gdy wchodzi refren człowiek odpływa z muzyką. Ciężko opisać coś tak wspaniałego.

W albumie są:

  1. "Torn"
  2. "Ode"
  3. "My Own Prison"
  4. "Pity for a Dime"
  5. "In America"
  6. "Illusion"
  7. "Unforgiven"
  8. "Sister"
  9. "What's This Life For"
  10. "One"
  11. "Bound and Tied"
  12. "What's This Life For"
Udało się napisać w tydzień :D Mam nadzieję, że post się podoba i że doczekacie się kolejnego posta za tydzień! Trzymajcie się!

niedziela, 18 marca 2012

Czternasty album:
Century Child

Cholera.. Znowu napisałem go na drugi tydzień. Jednak nie zamierzam czynić go dwutygodnikiem : /

Wracając do tematu - opiszę teraz jeden z najlepiej sprzedających się albumów na świecie przy czym oczywiście najbardziej udanego albumu Nightwisha. Zrecenzuję krążek "Century Child". Nightwish to fiński zespół grający kiedyś gothic metal (w czasach gdy wokalistką była Tarja Turunen), był to niewątpliwie skład grający ten typ muzyki. Teraz śpiewa Anette Olzon, która nie ogarnia operowych kawałków Nightwisha przez co powinni nazywać się Nightwish 2. Co do albumu, powstał rok po odejściu starego basisty - Sami Vänskä zastąpionego przez Marca Hietala, który prócz basu wprowadził nowy wokal. Pomimo tego, że na początku humory w kapeli nie były najlepsze powstał najlepszy krążek który później został nagrodzony platynową płytą. Dodane zostały chórki i wokal basisty. Utwór "Bless the Child" z pewnością najbardziej przyczynił się do sukcesu albumu.

Z wikipedii dowiadujemy się:"Album Century Child wyszedł w maju 2002 roku i w ciągu dwóch godzin stał się w Finlandii Złota płytą. W ciągu następnych dwóch tygodni osiągnął status Platynowej Płyty (30 000 sprzedanych kopii). W albumie tym pojawiły się pewne nowe elementy np. żywa orkiestra, żywy chór i męski głos (śpiewany przez Marco). W tym samym czasie Nightwish zajmował najwyższe miejsca na fińskich listach przebojów zarówno wśród albumów jak i singli, po raz pierwszy w ich historii. Także za granicą odnosili sukcesy: w Niemczech album zajął piąte miejsce, a w Austrii piętnaste. W lipcu odbyła się trasa koncertowa w Ameryce Południowej. W Brazylii pierwsza edycja Century Child została wyprzedana w ciągu jednego dnia. W ojczyźnie muzyków album sprzedał się w liczbie 59 000 kopii, co dało im drugie miejsce na liście najlepiej sprzedających się albumów 2002."

Opiszę teraz kawałek "Bless the Child". Jest to utwór rozpoczynający płytę. Na początku słyszymy łagodne chórki i rozpędzające się klawisze Tuomasa Holopainena. Następnie ktoś recytuje jakiś tekst :) Jak dla mnie utwór zaczyna się od wejścia smyczków, bass jest równie dobrze wyraźny co wszystkie inne instrumenty, co jest bardzo przyjemne w tak udanych partiach jakie są tutaj. Po wejściu wokalu nic więcej nie trzeba. Człowiek zostaje porwany w otchłań idealnie współgrających instrumentów i wokalu. Ciężko opisać wszystkie przejścia i motywy, wszystko ładnie składa się w jedną część. Szczególnie chwytliwy jest tu refren, który zostaje powtórzony również na koniec kilka razy:
Why am I loved only when I'm gone?
Gone back in time to bless the child
Think of me long enough to make a memory
Come bless the child one more time
Całość kończy się również recytacją :)

"Upiór w operze, Upiór Opery (fr. Le Fantôme de L'Opéra) – powieść Gastona Leroux, publikowana w odcinkach w latach 1909-1910. Jest to historia Eryka, zdeformowanego fizycznie genialnego kompozytora, żyjącego w piwnicach Opery Paryskiej, którego łączy dziwny i tajemniczy związek z młodą solistką opery, Christine." Cover "soundtracku" Andrewa Lloyda Webbera, wystawianego wcześniej teatru "Upiór w operze" jest wyjątkowo udany i jak najbardziej pasujący do klimatu tego zespołu. Opowiada pasjonującą historię do tego. Zaczyna się mrocznymi tonami klawiszy by wybuchnąć później gitarą :D Jest to jak najbardziej udany cover, który sprawił, że utwór stał się naprawdę popularny. Zapraszam do przesłuchania!

Na krążku znajdziemy:

  1. "Bless The Child" - 6:13
  2. "End Of All Hope" - 3:55
  3. "Dead To The World" - 4:20
  4. "Ever Dream" - 4:44
  5. "Slaying The Dreamer" - 4:32
  6. "Forever Yours" - 3:51
  7. "Ocean Soul" - 4:14
  8. "Feel For You" - 3:55
  9. "The Phantom Of The Opera" - 4:10
  10. "Beauty Of The Beast: Long Lost Love - One More Night To Live - Christabel" - 10:21

Miłego słuchania~! Mam nadzieję, spodziewajcie się znowu posta po tygodniu, nie dwóch ;)

niedziela, 4 marca 2012

Trzynasty album:
Strings To A Web

Wybaczcie za moje zaniedbanie, byłem dosyć smutny ostatnimi czasy i większość czasu spędziłem na nic nie robieniu. Niedawno odkryłem co może napędzać człowieka takiego jak ja :> Mam motywację do roboty i ponad tysiąc wyświetleń za pasem! Następny album, który wziąłem pod celownik to "Strings To A Web" niemieckiego zespołu "Rage" (ang "wściekłość"). Grają głównie trash metal, łączą jednak elementy speedu, heavy i power metalu. Dużo osób kojarzy ich ze względu na kawałem "Straight to Hell", jednak jest w jednym ze starszych albumów. W albumie który opisuję dochodzą elementy smyczkowe. Zespół założony został w 1984 roku, płyta została wydana w 2010. Trzymają się co? Cały album trzyma się dosyć żywych riffów, typowo trashowej perkusji i elementów smyczkowych. Wokalista (Peter "Peavy" Wagner), jedyny stały członek zespołu(hmm, w końcu lider), pomimo upływu lat ma naprawdę świetny głos. Niedługo powstanie nowy album, 21, ponoć ma być dużo ostrzejszy od obecnego. Bardzo szanuję takie osoby, wiecznie młodzi rockmani wielbieni przez pokolenia, w sumie to sam chciałbym tak. Ale ciii. Dodam jeszcze, że mimo tego, że skład pochodzi z Niemiec całość śpiewana jest po angielsku. Osobiście się nie dziwię, niewiele zespołów przebiło się na skalę światową śpiewając w ojczystym języku(mam tu na myśli Rammstein'a).

Pora na dwa utwory. Najbardziej wpadły mi w ucho "Hellgirl" i "Purified". Głównie ze względu na wesoły klimat i znakomite riffy gitarowe. Głowa sama podskakuje podczas słuchania, utwory są bardzo rytmiczne i pomimo tego ciekawe. Cały czas coś się dzieje, nie ma czasu na nudę. Na krążku pierwszym w kolejności jest "Hellgirl". Ten utwór też opiszę jako pierwszy. Zauroczyłem się nim podczas gry w Heroes of Newerth . Później przez pewien czas co chwilę przełączałem piosenki na tą jedną, aż do znudzenia, ostatnio przypomniałem sobie o tym zespole i znowu słucham tego kawałka jak porąbany, pewnie znowu do znudzenia :) Kawałek rozpoczyna się płaczem dziecka, co pewnie oznacza narodziny tytułowej diabelnej dziewczyny. Szczególnie zainteresował mnie wers z tekstem
"Hellgirl is coming down from space to fill my empty life with grace"
Ma być ona czymś co spadnie z nieba i wypełni życie artysty spokojem. Przed tym jeszcze dowiadujemy się, że odnalazła nowe życie by wyjść z grzechu etc. Ogólnie tekst jest dosyć tajemniczy i można się w nim doszukać kilku wątków. Jestem pewny że każdy znajdzie coś dla siebie. Kocham ten utwór <2222

Drugi kawałek to "Purified". Nie muszę wspominać, że oprawa muzyczna jest naprawdę świetna :) Opowiada on głównie o ogniu oczyszczenia, do którego mamy wskoczyć, gdyż jesteśmy zepsuci do cna. Przemyślenia tak doświadczonego wiekiem człowieka mają z pewnością w sobie wiele sensu. Świat na którym żyjemy jest pełen zła i przydałby się ogień oczyszczenia na świecie. Więc "Burn till you purified"!

Tytuły na płycie to:

  1. "The Edge of Darkness"
  2. "Hunter and Prey"
  3. "Into the Light"
  4. "The Beggar's Last Dime"
  5. "Empty Hollow"
  6. "Strings to a Web"
  7. "Fatal Grace"
  8. "Connected"
  9. "Empty Hollow (Reprise)
  10. "Saviour of the Dead"
  11. "Hellgirl"
  12. "Purified" (Wagner)
  13. "Through Ages" - 2:06
  14. "Tomorrow Never Comes"

Album jak i cały zespół jest naprawdę świetny, cenię ich równie bardzo jak wielką czwórkę trash metalu. Trzymajcie się mocno! Cze~!

niedziela, 19 lutego 2012

Dwunasty album:
The War That Plagues the Lands

Witajcie czytelnicy! Nadeszła pora na kolejnego posta :D Poprzedni post był o pierwszym zespole, którego słuchałem nałogowo. Kontynuując opowiem o drugim z kolejności, jako gdy młody i wierzący we wszystko kurdupel szukałem czegoś nowego nie chcąc zetknąć się z tą "szatańską" stroną metalu. Wpisałem metal chrześcijański, później trafiłem na white metal(inaczej unblack) i tak oto trafiłem na Slechtvalka. Slechtvalk to holenderskie ugrupowanie wykonujące głównie viking metal. Powstało w 1999 roku. Nazwa pochodzi od holenderskiego określenia sokoła wędrownego. Zespół porusza tematy chrześcijańskie wyłącznie na dwóch pierwszych albumach. Ja opiszę ten drugi "The War That Plagues the Lands". W nim nie doszukałem się jakiś dobitnych chrześcijańskich motywów - było ich pełno tylko w pierwszym. Są, ale zanikają. Cały klimat albumu polega raczej na viking metalu. Charakterystyczny scream, talerze (dzięki nim się tak jarałem tymi kawałkami) i gitara w tle są w sumie niepowtarzalne. Nieraz wracam na chwilę do tego zespołu by wyobrazić sobie hordę wikingów wychodzącą z drakkarów(takie statki wikingowe) i rozpieprzają wszystko co się rusza :) Szkoda, że nigdy nie pogowałem do takich kawałków.

"From behind the trees" to kawałek idealnie definiujący styl tego składu. Podwójna stopa, hi haty, gitara w tle i skrzeczący scream uzupełniany wejściami wokalistki. Teledysk jest dosyć niskobudżetowy ale pomysł w sumie mieli niezły, napad na gościa. Na końcu oprawcy uciekają zamiast ograbić ofiarę, czego nie rozumiem. Sam tekst w sumie opowiada o śmierci tego gościa, tak mi się wydaje. Smutne xD

Nadszedł czas na moment, dla którego pisałem tego posta - trwające 10 minut i 46 sekund arcydzieło, które porywa mnie wraz ze wszystkim na dokładnie 10 minut i 46 sekund :3 Riff na wejście idealnie wprowadza do podwójnej stopy wraz z krzykiem, po to by później zacząć tekst, który nie do końca rozumiem. Wiem tyle, że opowiada o przegranej bitwie, w której bohater o którym tu mowa umiera jako ostatni. Tekst jest pełen ekspresji i dramatyzmu, dokładnie opowiada o ostatnich myślach człowieka, który umierał w imię wyższej sprawy. Wszystkie przejścia są niezwykle płynne, stopa dyktuje tempo słuchania, a słuchacz mimowolnie udziela się - takie są moje odczucia. Ta piosenka to maraton, który zawiera w sobie tysiące tematów melodii itd. Główny riff (imo) zaczyna się dopiero w czasie 5:40. Wtedy gitara wchodzi na pierwszy plan a umierający bohater cierpi najwięcej. Agonia przepływająca przez ten krzyk jest niesamowita. Później jednak bohater nabiera wystarczająco dużo energii by wysłać sokoła by ten ostrzegł o porażce. Dalej idzie powoli do bram niebios, czuje jak odchodzi z tego świata nie zaznając bohaterskiej śmierci. Koniec jest najbardziej melancholijny z całego kawałka.

Na krążku znajdziemy:

  1. "Of Slumber and Death"
  2. "A Plea for the King"
  3. "From Behind the Trees"
  4. "My Last Call"
  5. "The Falcon's Flight"
  6. "A Call in the Night"
  7. "And Thus it Burns"
  8. "Burying the Dead"
  9. "War of the Ancients"
  10. "The Dragon's Children"
  11. "In Paradisum"
Dzięki wszystkim za czytanie bloga, dzięki wam mam coraz większą motywację do pisania. o/

poniedziałek, 13 lutego 2012

Jedenasty Album:
Vol. 3: (The Subliminal Verses)

Ha! Przerwa była niesamowicie długa. Widząc po skaczącym liczniku wejść wnioskuję, że czekaliście (oczywiście ci co czekali) na nowy post. Dziękuję wam za to! :D Nadszedł więc czas na kolejny post do którego włożę odrobinę serca i informacji z reguły zaczerpniętych z wikipedii :D Dzisiaj opiszę album zespołu, który wprowadził mnie do tej muzyki. Jest to Slipknot!






FillerPewnego pięknego wakacyjnego dnia, gdy byłem u babci wujek spytał się mnie czy chcę posłuchać jego muzyki. Bez zbędnego zastanawiania zgodziłem się. Ten mi pokazał teledysk "Left Behind". Jest dosyć hmm.. dziwny. Dzieciak z rzeźni(widocznie lubi ostrza) wraca do starej rudery, je płatki, później jest burza itd. Obejrzcie. Wracając do fillera - Na początku słyszałem sam szum i darcie mordy, później przesłuchałem te kawałki kilka razy, zacząłem rozróżniać dźwięki i tak się zaczeło. Specjalnie wydałem pieniądze zarobione ze ślubu na mp4 żeby słuchać tej muzyki :D Później był Slechtvalk - o tym niedługo

Slipknot to amerykańska grupa wykonująca muzykę z pogranicza heavy, nu, death i metalu alternatywnego. W albumie, który opisuję najwięcej jest alternatywnego z dodatkiem nu. Praktycznie wszyscy znali ten zespół ze względu na ich charakterystyczne maski. W 2010 Paul Gray - basista - zmarł w wyniku przedawkowania. Przerąbana sprawa z byciem bogatym i popularnym :/ Zespół jest bardzo popularny, i to nie tylko ze względu na kawałek "Psychosocial" z którym wiele osób właśnie kojarzy Slipknota. Przede wszystkim są to przemyślane teksty, żywe riffy i duża dawka agresji, która z pewnością najlepiej udziela się na koncertach :) Vol.3 zawiera w sobie to wszystko, lecz w nieco innych proporcjach niż pozostałe albumy. Niektóre utwory są tutaj po prostu nieco spokojniejsze. Inaczej. Są czasem spokojniejsze :D To za co szanuję ten album najbardziej to przeplatanie się ostrej muzyki z nieco spokojniejszymi niesamowitymi melodiami. Mam tu najbardziej na myśli kawałek "Vermillion".

"Vermillion" to kawałek, przy którym zawszę się wyciszałem i starałem go rozgryźć. Zawsze kojarzyła mi się z kosmitami zabierającymi krowy z farm.. Teraz po rzuceniu okiem w tekst stwierdzam, że jest o narkotykach. Wspaniała, która jest dla mnie wszystkim, jednakże zostaje po niej tylko smutek. Najbardziej w tym kawałku lubię końcówkę. Tutaj Corey Taylor (wokalista) wkłada najwięcej uczuć. "She isn't real, I can't make her real" wrzeszczy w tle melodyjki z cymbałek.

"Before I Forget" to najbardziej przystępny kawałek z tego krążka. Podobał się każdemu, któremu to puściłem. "BEFORE I FORGET THAT!" znowu wrzeszczy, przekazując, że pamięta póki pamięta :D Tekst jak to tekst, nie do końca da się go przełożyć tak, jak chciał autor. Chyba że to Disco-Polo ale to już inna sprawa. Oprawa muzyczna w tej piosence jest przednia, być może najlepsza ze wszystkich utworów tej grupy :) Wystarczy przesłuchać kilka sekund by się przekonać - riff jest naprawdę tłustyyy.

Na krążku znajdziemy:

  1. "Prelude 3.0"
  2. "The Blister Exists"
  3. "Three Nil"
  4. "Duality"
  5. "Opium of the People"
  6. "Circle"
  7. "Welcome"
  8. "Vermilion"
  9. "Pulse of the Maggots"
  10. "Before I Forget"
  11. "Vermilion Pt. 2"
  12. "The Nameless"
  13. "The Virus of Life"
  14. "Danger - Keep Away"

P.S. Panie Lisik - proszę uprzejmię o zaliczenie tego posta na ubiegły tydzień, myślę, że w piątek albo sobotę opiszę jakiś inny na ten tydzień! Do reszty - mam nadzieję, że objętość posta odrobi chociaż trochę czasu, w którym nic nie pisałem. Cheers!

niedziela, 8 stycznia 2012

Dziesiąty Album:
Volume One

Witam ponownie! Przeleję w ten post trochę smutku, który mnie ogarnia :C Ostatnio nie mam ochoty na nic (zainstalowałem windowsa 8 i to wszystko co dziś zrobiłem), w sumie jedynie ta muzyka jako tako jest w stanie ukoić moje zdołowanie. Nic mi się nie chce, w sumie mógłbym tego słuchać cały czas. Tak wiem, to nie jest metal, kij z tym - to jest mój blog i będę pisał o czym chcę :D

Dobra, pora pisać trochę na temat. "Volume One" jak mówi sama nazwa jest pierwszym albumem wytwórni muzycznej "Two Steps From Hell". Nie można go nazwać zespołem, gdyż nie ma stałego składu a ich główna rola to nagrywanie muzyki do gier i filmów takich jak Harry Potter i Zakon Feniksa, Star Trek, Mroczny rycerz, 2012, X-Men 3: Ostatni bastion, Avatar. Nie znam innych albumów, wiem, że już pierwszy pokazuję niesamowitą klasę. Ich muzyka jest niesamowita, wciągająca, nie zajmująca, płynąca jak rzeka. Żeby cieszyć się ich muzyką nie trzeba się jakoś specjalnie angażować, ich wyniosłe dźwięki same skłaniają do oddania się tonom tej muzyki.

Cytat z wikpedii: "Muzyka tego typu stała się popularna dzięki piractwu Internetowemu. Albumami niedostępnymi w publicznej sprzedaży dzielono się na forach Internetowych, a zwiększająca się świadomość spowodowała, że przy okazji publikacji kolejnych trailerów coraz więcej ludzi interesując się muzyką w nich zawartą, mogło poznać konkretny tytuł. Po sukcesie w publicznym wydawnictwie wytwórni Immediate Music, Two Steps From Hell pod wpływem nacisku fanów wydało pierwszą płytę w 2010 roku zatytułowaną "Invincible". W przygotowaniu są kolejne dwa albumy zaplanowane na rok 2011 oraz solowy projekt jednego z członków grupy, Thomasa Bergersena, zatytułowany "Illusions"." Oznacza to, że nikt ich nie promował, ich muzyka jest tak świetna, że nie potrzeba tu żadnej komercji!

W połowie pisania tego posta stwierdziłem, że nie wiem jakie dokładnie utwory będę opisywać, w sumie zasypiałem przy tej muzyce i nie pamiętam za wiele, tym bardziej tytułów. Mój ulubiony kawałek to "Exodus" z drugiej płyty - najbardziej mi wpadł w ucho. Ten trwający jedną minutę i trzydzieści sześć sekund kawałek zawiera wszystko co powinien. Odpowiednio rozpędzające się wejście, dynamiczne przerywniki i chór :D Zakończenie jest dosyć dziwne, chociaż mnie to nie dziwi, gdyż to było pewnie nagrywane na potrzeby jakiegoś filmu. Lubię ten kawałek :)

Drugim utworem jaki, hmm, opiszę będzie "Two Steps From Hell" z pierwszej płyty. Zaskakujący tytuł czyż nie? Odbieram go raczej jako kawałek popisowy, jest równie wspaniały jak "Exodus", tylko ten bardziej kojarzy mi się z orkami, poprzedni z Persją :) W każdym bądź razie - polecam!

Na płycie znajdują się utwory w dwóch wersjach - z chórem i bez. Ja te bez usuwam, bo są takie puste. Cały album składa się z trzech płyt, a wypisywanie wszystkich utworów sprawiłoby, że ten post byłby tak samo wysoki jak 2 zwyczajne! W każdym razie - POLECAM!

Humor nieco poprawiony :3

niedziela, 18 grudnia 2011

Dziewiąty Album: World of Glass

Witam ponownie! Blog przekroczył magiczny próg 666 odsłon i co? I NIC :D Albumy black metalowe będę opisywał kiedy będę miał "fazę" na black metal. Ostatnio miałem jak uczyłem się matematyki - Black Metal Matemathics!!!111jedenjedenjeden Mam dzisiaj znośny humor bas w głośnikach ustawiony wyżej niż zwykle i Tristanię w odwarzaczu. Mogę się w dobry sposób odprężyć przed nadchodzącym tygodniem i wieloma sprawami do załatwienia, mam nadzieję że nic nie przeoczę. Wracając do tematu bloga - Tristania to norweski (:3) zespół wykonujący mocno symfoniczny gothic metal. Trzeci Album World of Glass jest prawdziwym arcydziełem, jeden z najlepszych albumów jakie kiedykolwiek słyszałem. Przed nagraniem właśnie tego albumu lider i główny kompozytor zespołu - Morten Veland, w maju 2001 roku, został oficjalnie wyrzucony z zespołu. Grupa potrzebowała wokalisty śpiewającego growlem, więc zatrudniła sesyjnie Ronnyego Thorsena. Muzyka na tym krążku jest niesamowita, odpowiednie partie chóru i growlu, stopniowo rozwijająca się dynamika piosenek dopełniona iście magicznym bassem i idealnie dopasowaną perkusją. Gitarzysta ma tu w sumie niewiele roboty słabo słychać i raczej robi tło pod bas a nie na odwrót jak to zazwyczaj bywa.

Pierwszym utworem jaki opiszę będzie tytułowy "World of Glass". Dla mnie utwór zaczyna się w momencie gdy wkracza bass, najpierw partia rytmiczna dopełniona pięknym chórem wykonującym dość tajemniczy tekst:
"Who's the prey
What's the play
God created
Stay with me
We are the ones God hated"
Kocham ten utwór głównie za ten refren. Przesłanie dialogu między mężczyzną a kobietą jest dla mnie niezrozumiałe :c Wogóle teksty są tu niezwykle tajemnicze, co w sumie dodaje "smaczku". "Satisfaction guaranteed"!

Drugi utwór jest bardziej bardziej zrozumiały. "Hatred Grows" opowiada o żołnieżach, o ich nienawiści do wrogiej nacji podsycanej propagandą. O wojnie, która tak naprawdę ich nie dotyczy, lecz nie wiedzą, że są jedynie mięsem armatnim wykorzystywanym przez generałów itd. To właśnie na nich spada cały koszmar i ból związany z przelewem krwi. Co do warstwy muzycznej: jest tu dużo więcej miejsca dla gitary, łacińskie chórki i anglojęzyczne wokale są tak samo świetne. Nic dodać nic ująć!

Utwory znajdujące się na płycie to:

  1. The Shining Path
  2. Wormwood
  3. Tender Trip on Earth
  4. Lost
  5. Deadlocked
  6. Selling Out
  7. Hatred grows
  8. World of Glass
  9. Crushed Dreams

Dajcie się porwać tonii tej świetnej muzyki. Enjoy!

sobota, 3 grudnia 2011

Ósmy album: Broken

Mam zaszczyt uraczyć was nowym postem po dwutygodniowej nieobecności! Zacznę od przeprosin, na swoje wytłumaczenie powiem, że nie miałem weny do niczego. Postanowiłem od dzisiaj recenzować nieco bardziej ambitną muzykę niż kilka ostatnich postów. Otóż w 1988 roku Trent Reznor w Cleveland w stanie Ohio założył zespół Nine Inch Nails. Muzykę jaką nagrywa nazwano metalem industrialnym. Trent - główny producent, wokalista, autor tekstów i multiinstrumentalista jest jedynym stałym członkiem zespołu i jest odpowiedzialny za kierowanie nim. Będę opisywał samą muzykę jednak wspomnę, że to właśnie on rozpoczął modę na niszczenie własnych instrumentów na scenie na koniec koncertu.

"Broken" to drugi album NIN wydany w 1992 roku. Muzyka tutaj jest jeszcze bardziej agresywna niż ta z poprzedniego albumu. Jest pełna goryczy i niezadowolenia. Reznor w każdym ze swoich tekstów zamieścił cząstkę siebie, dlatego są tak żywe i dotyczące każdego z nas. Album rozpoczyna się spokojnym i cichym wejściem zatytułowanym "Pinion" by zaraz po tym wpaść z hukiem z tekstem "This is the first day of my last days" w kawałku "Wish". Kawałek "Last" odpowiednio utrzymuje klimat by w kawałku "Help me Im in hell" uspokoić nieco atmosferę przygotowując słuchacza do szaleńczego i najbardziej kontrowersyjnego "Hapiness in slavery", w którego teledysku Bob Flanagan amerykański super masochista, rozebrany kładzie się na maszynie "rozkoszy" która następnie torturuje go i zabija. Jest to obraz straszny, na długo zapadający w pamięć. Całość kończy się utworem "Gave up" co można przetłumaczyć jako rezygnacja.

Opiszę teraz oba utwory, które dostałby nagrodę Grammy. "Wish", który jak wspomniałem otwiera mocną część albumu. Piosenka mówi o rezygnacji, o szczerej chęci nadania sensu swemu życiu, sensu, który nadaje kobieta.
"Chcę, aby było tam coś rzeczywistego,
Chcę, aby było tam coś prawdziwego.
Chcę, aby było tam coś rzeczywistego w tym świecie pełnym ciebie."
Prócz wściekłej melancholii uzupełnionej o wpadającą w ucho muzykę nic tu nie znajdziemy. To nie jest utwór dla szczęśliwych ludzi.

"Hapiness in slavery" to utwór makabryczny, mówiący w dużej części o społecznej znieczulicy.
"Nie otwieraj oczu, nie spodoba ci się to, co ujrzysz
Ślepota została pobłogosławiona bezpieczeństwem
Nie otwieraj oczu, zabierz to ode mnie
Ja odnalazłem
Ty też możesz
Szczęście w zniewoleniu"
Tekst mówi, że lepiej interesować się wyłącznie własnymi sprawami nie przejmując się kimś innym gdyż jedyne co możemy znaleźć to cierpienie. Postępując tak zostajemy jednak zniewoleni w codzienności czerpiąc tytułowe "Hapiness in slavery". Teledysk jest szeroko dostępny w internecie jednak nie polecam jego oglądania, szczególnie od drugiej minuty. Nie zamieszczam teledysków - sami sobie znajdziecie. Trzeba mieć łeb, żeby coś takiego nagrać...

Co znajdziemy?

  1. Pinion
  2. Wish
  3. Last
  4. Help me I am in hell
  5. Hapiness in slavery
  6. Gave up
I ukryte
  1. Physical (You're so)
  2. Suck

Właśnie zapomniałem dodać, że inspirowałem się artykułem z wikipedii. Nawet jest jeden cytat nie wzięty z wikipedii :c

środa, 16 listopada 2011

Siódmy Album: Back Through Time

Ósmy dzień nadszedł. Pora na recenzję. Yarr! Słyszymy raz po razie przy wesołych tonach pirackiej muzyki. "Back Through Time" Szkockiego zespołu "Alestorm" nie jest albumem wyjątkowo ambitnym, głównie traktuje o panienkach, alkoholu i grabieżach - ogółem o pirackiej żegludze. Muzyka opiera się na lekko skrzeczącym prowadzącym wokalu(brytyjski akcent znacznie ubarwia), chórkach, akordeonie(?) i mocnych riffach gitarowych. Całość brzmi naprawdę przyjemnie, myślę, że każdy nawet niedzielny słuchacz przyjąłby tą muzykę z otwartymi rękami. Gdy pierwszy raz to usłyszałem pomyślałem sobie "Co to za disco polo?", jednak po głębszym wsłuchaniu się zatonąłem w toni tej jakże lekkiej dla ucha muzyki. Po całym dniu szkoły, otoczony tłumem ludzi, od których chętnie bym się odciął na chwilę by odetchnąć z pomocą nadciąga "Back Through Time". Zamykamy oczy i płyniemy, płyniemy statkiem po niezmierzonym oceanie kołysani rytmicznie uderzeniami bębnów. Szczególnie polubiłem kawałek "Barrett's Privateers", który jest coverem utworu "Stanley'a Allison'a "Stan" Rogers'a". Panuje tu klimat niezwykle wesoły, całość jest trochę monotonna, jednak ta monotonność działa w sumie odprężająco. Powtarzający się tekst "God damn them all!" tym bardziej pozwala odciąć się od otaczającego świata. Szczególnie lubię solówkę. To mój następny "cel" w graniu na gitarze. Umieć zagrać taką solówkę. Dużo roboty przede mną :D

Drugim utworem, który opiszę jest "Rum". Ta jakże treściwa nazwa doskonale opisuje o czym jest kawałek. Całość się zaczyna tekstem "The time has come, the time for a drink, but I don't want whiskey or gin." Jak wszyscy wiedzą, rum był ulubionym napitkiem piratów. To właśnie beczki tego anielskiego płynu płynęły wraz z piratami. "Rum is the power, Rum is the key, Rum is the thing that will set us free." - hymn na cześć rumu? Może. Jednak wpada w ucho, myślę, że cel swój spełnił.

Co znajdziemy na płycie?

  1. "Back Through Time"
  2. "Shipwrecked"
  3. "The Sunk'n Norwegian"
  4. "Midget Saw"
  5. "Buckfast Powersmash"
  6. "Scraping the Barrel"
  7. "Rum"
  8. "Swashbuckled"
  9. "Rumpelkombo"
  10. "Barrett's Privateers"
  11. "Death Throes of the Terrorsquid"
  12. "I Am a Cider Drinker"
  13. "You Are a Pirate"

Zatem piraci! Odbijcie z portu i zajmijcie się swoimi sprawami. Życzę wam spokojnych wód i pomyślności. Wróćcie za 8 dni po kolejną recenzję!

środa, 9 listopada 2011

Szósty Album: Dethalbum

Też zauważyliścię tendencję do pisania postów co osiem dni? Postanowiłem stworzyć ten "tygodnik" ośmiodnikiem! Co do tematu - po raz drugi z kolei będę opisywać soundtrack z bajki. Tym razem z amerykańskiej kreskówki pt. "Metalocalypse". Samą kreskówkę polecam obejrzeć, jest sporo absurdalnego humoru, ogromne ilości krwi i dobra muzyka. Wyżej wymienione to oczywiście perełki dopełniające naprawdę intrygujący wątek sensacyjny. Co mam na myśli pisząc dobra muzyka? Otóż utwory powstały spod ręki Brendona Smalla i Tommy'ego Blacha(ciekawe czy ma polskie korzenie) współpracującymi z wielkimi artystami, na przykład Stevem Vai'em - wirtuozem gitary, legendą stąpającą po ziemii! Riffy są naprawde "tłuste", perkusja daje czadu, co do wokalu widziałem różne opinie(główną wadą zawsze był brak fachowości, czyli nieczysty growl) jednak mi się niezmiernie podoba. Teksty traktują z reguły o rzeczach hmm.. nierealnych (jak podwodne potwory(Chtulu?), czerwony troll wyłaniający się spod ziemii albo o morderczej misjii głównego bohatera, w której przedostaje się do twierdzy swojego największego wroga, miażdży go jednym ciosem i przejmuje całą rezydencję, zamek xdd). Czasem zdarzają się też całkiem sensowne teksty, i tu zacznę stały fragment postów - opiszę pierwszy kawałek. "Detharmonic" to kawałek niesamowicie rozwinięty jak na tego typu muzykę(nagraną na potrzeby serialu). Dethklok wraz z orkiestrą wykonuje tu kawał dobrej roboty. "Detharmonic" przekonał mnie początkowo do tego zespołu, głównie przez przerywniki w których słychać wyłącznie orkiestrę. Tekst traktuje o kapitaliźmie i o tym, jak władza próbuje kontrolować nasze pieniądze. Często słyszymy zdanie "I'd rather you be dead" (wolałbym żebyś był martwy). Przez tekst przemawia ogromna ilość nienawiści, lecz jest w nim ziarno prawdy. Nie widzę w tym utworze żadnych wad ;)

Drugi utwór, który opiszę to "Go into the water", który wykonywany jest na końcu sezonu pierwszego kreskówki. Rozwiązanie akcji rozgrywa się w Polsce - w Gdańsku. Wszystko byłoby pięknie gdyby nie to, że patrząc na południe (było pare ujęć w stronę środka ziemii) widać odrazu wielkie góry i to, że w Bałtyku według kreskówki pływają rekiny i delfiny. Ale to Amerykanie, im można wybaczyć xd Wracając do uworu - jego podniosły charakter można porównać w pewnym stopniu do "Requiem for a dream", słowa "wszystko przy tym staje się bardziej epickie" sprawdzają się i tutaj :) W tekst nigdy się nie wsłuchiwałem specjalnie, jednak szczególnie podkreślone są słowa "We all go into the water". Zinterpretowałem je jako pochodną "wszyscy idziemy do piachu", jednak nie wiem czy to było faktyczne znaczenie tych słów.

Z tyłu pudełka z normalnym wydaniem widzimy:
  1. "Murmaider" (from "Dethwater")
  2. "Go into the Water" (from "The Metalocalypse Has Begun")
  3. "Awaken" (from "Dethtroll")
  4. "Bloodrocuted" (mentioned in "Dethfam")
  5. "Go Forth and Die" (from "Go Forth and Die")
  6. "Fansong" (from "Mordland")
  7. "Better Metal Snake"
  8. "The Lost Vikings"
  9. "Thunderhorse" (from "Dethwater")
  10. "Briefcase Full of Guts" (from "Murdering Outside the Box")
  11. "Birthday Dethday" (from "Birthdayface")
  12. "Hatredcopter" (Does not appear in Seasons 1 or 2, later appears in "RenovationKlok")
  13. "Castratikron" (from "Girlfriendklok")
  14. "Face Fisted" (Does not appear in Seasons 1 or 2, later appears in "TributeKlok")
  15. "Dethharmonic" (from "Fatklok")
  16. "Deththeme" (from every episode; hidden track)
  17. "Go into the Water" (Gulf Danzig Remix; vinyl edition bonus track)

Przepraszam za niewielkie opóźnienia w blogowaniu nie mam się jak wytłumaczyć. Jednak w ramach przeprosin wkleję filmik. ENJOY~!

poniedziałek, 31 października 2011

Piąty Album: Detroit Metal City OST

Post ten piszę rówinież na potrzeby kółka anime. Tak, dobrze przeczytaliście - anime. Następnym albumem, który opiszę będzie oficjalny soundtrack japońskiej "bajki" Detroit Metal City. Opowiada ona historię o pewnym chłopcu ze wsi, który pragnął zostać gwiazdą popu, jednak w Tokyo trafił na nieodpowiednich ludzi i w ten sposób został głową japońskiego metalu :D O anime wspomnę później, jako dodatek - teraz skupmy się na samej muzyce. Utwory są tu pełne makabrycznych tekstów, ostrych riffów i agresji. Album zaczyna się utworem SATSUGAI(jap. morderstwo), który bez wątpienia jest najmocniejszym kawałkiem znajdującym się na krążku. Dalsze kawałki są dosyć zbereźne i w pewnym sensie niedorzeczne, jednak nie ma się co dziwić skoro zostały skomponowane na potrzeby komedii. Teksty traktują głównie o przemocy, gwałtach i Szatanie - fakt, że są po japońsku nieco łagodzi sprawę gdyż zapamiętujemy z tłumaczeń z anime tylko pojedyncze słówka. Całość jest jednakże szatańsko dobra, kompozytor wykazał się absolutnym talentem, kapela metalowa, trochę elektroniki doprawione paroma bardziej operowymi instrumentami dają arcydzieło. Najbardziej cenię odpowiednie dobrane niższe tony do całej reszty, można się wczuć w muzykę jak w średniowiecznego rycerza gdy byliśmy mali ;D

Moim ulubionym utworem jest Mesu Buta Koukyoukyoku 'Female Pig Symphony' i na wejściu pragnę zaznaczyć, że cenię go tak ze względu na oprawę muzyczną - nie tekst. Początek jest dosyć monotonny - oparty o wokal, który brzmi naprawdę oryginalnie. Po powtórzonym kilka razy "show your lower body"(fonetycznie "kahai żiksu adepari"... wiem że tak jest po angielsku bo napisy były w anime xdd) wchodzi bardziej elektroniczna strona utworu. Ciężko jest ogarnąć jak ktoś może tak dobrze wpasować komputer w gitary :3 Moja ulubiona część utworu zaczyna się w czwartej minucie i trzydziestu sekundach. Wysokie tony, wokal dopełniony BASEM, który spełnia tam główną rolę jest wyśmienity. Kocham te tony! Jak dla mnie ten kawałek nie jest na tyle ostry by móc go nazwać ostrym metalem, myślę, że każdemu mógłby się spodobać.

Drugim ulubionym utworem jest Maou(diabeł). Riff z tego utworu jest najlepszy z całej płyty, wokal jest równie dobrze dobrany, tekst jest nieco bardziej hmm "normalny". Po wciągającym w otchłań muzyki wstępie i dalszym nieco monotonnym kawałku wchodzi bridge a po nim rozwiązanie akcji znowu w momencie 4:30. Można to porównać do rozwiązania akcji niezwykle ciekawej książki czy filmu. Kawałek wydaje się być nieco mocniejszy od poprzedniego przez co nie jest tak uniwersalny. Ja tam go lubię :3

Szatany na tej płycie to:

  1. Satsugai
  2. Slash Killer
  3. Grotesque
  4. Mesu Buta Koukyoukyoku 'Female Pig Symphony'
  5. Death Penis
  6. Ano Ko Wo Rape - Rape this bitch
  7. Mad Monster
  8. Should This Reventge Be Taken
  9. Maou
  10. Fucking Gum Kyuden

Ostatnia piosenka jest na tyle bezsensowna, że mogło by jej nie być! Parominutowe FUCK nie nastraja dobrze :/ Za jakiś czas wprowadzę linka do artykułu na stronie koła anime "Shinigami" w Nysie. Będziecie mogli się dowiedzieć o czym jest to anime - polecam obejrzeć już całe - jeśli ktoś lubi nieszablonowe poczucie humoru! Ten album jest jednym z tych do których nie trzeba się angażować aby poznać ich piękno, które jest dosyć powierzchowne. Jednak jest to ciągle piękno przy albumie można się jako tako odstresować, a lepsze partie basowe czasem pchają mnie do zrobienia czegoś. Bez tej muzyki, życie byłoby nieco nudniejsze :D
Pozdrawiam i życzę miłego następnego tygodnia!

poniedziałek, 24 października 2011

Czwarty album: Paranoid

Na początku chciałbym przeprosić za opóźnienie - nie było wczoraj internetu od 16, a dzisiaj po szkole nie miałem jako tako ochoty nic wymyślać. Powiem jednak, że brak internetu nie jest jakąś straszną rzeczą. Świerze powietrze nie zabija :DDD Wracając do tematu: Nasi dziadkowie przyczynili się do napisania tego postu. Opiszę teraz jeden z pierwszych albumów metalowych jakie kiedykolwiek wyszły.Mówię tu o wiecznie żywym, wiecznie szanowanym, wiecznie interesującym Black Sabbath i jego albumowi "Paranoid"! Paranoid to ich drugi release, został wydany we wrześniu 1970 roku. Ma ponad 40 lat :) Początkowo album miał nosić nazwę War Pigs, lecz wytwórnia płytowa skojarzyła ten tytuł z wojną w Wietnamie i nakazała zmianę nazwy. Nie zmieniono jednak okładki. (wikipedia :)) Nie jestem pewien czy "Paranoid" to najlepszy album tego zespołu, ale napewno wniósł wiele, być może więcej niż inne właśnie za sprawą tytułowego utworu, który tak naprawdę był tylko zapchajdziurą nagraną zaraz przed wydaniem albumu, a zmiana nazwy wydania przypadła właśnie temu kawałkowi, gdyż został on prawdziwym hitem (tu Black Sabbath ze swoimi dwoma albumami "Paranoid" i "Black Sabbath" plasował się na szczytach list przebojów w Wielkiej Brytanii, w Ameryce trzymał się koło 20 miejsca). Otwierający płytę War Pigs zaczyna się znakomicie, powolne "ruchy" gitary i syreny tworzą odpowiednie przygotowanie do słów Ozzy Osborune'a:
"Generals gathered in their masses
Just like witches at black masses
Evil minds that plot destruction
Sorcerers of death's construction
In the fields the bodies burning
As the war machine keeps turning
Death and hatred to mankind
Poisoning their brainwashed minds, oh lord yeah!"
Ten tekst był protestem wymierzonym przeciwko siłom zbrojnym całego świata(w tamtych czasach te właśnie tematy były na czasie. Hipsterzy xd), nawiązywał również do walk w Wietnamie. Cały utwór jest bardzo przyjemny, głos Ozzy'iego jest bardzo żywiołowy co tym bardziej uprzyjemnia słuchanie. Tempo jest powolne, tekst jest śpiewany wyraźnie, późniejsze solo Tommiego Iomiego brzmi znakomicie. Cały 7-minutowy utwór jest godny nazwania majstersztykiem.

Drugi utwór, jeden z najlepszych jakie znam to oczywiście "Paranoid". Piosenka jest bardzo żywa, tekst Geezera Butlera(śpiewany oczywiście przez Ozziego) wpada w ucho. Całość podobnie jak poprzedni utwór jest majstersztykiem. Bardzo dobrym kawałkiem aby poskakać przy nim xD

Spis treści:

  1. "War Pigs"
  2. "Paranoid"
  3. "Planet Caravan"
  4. "Iron Man"
  5. "Electric Funeral"
  6. "Hand of Doom"
  7. "Rat Salad"
  8. "Fairies Wear Boots"

"Paranoid" jest pozycją obowiązkową dla każdego kto pragnie nazwać siebie "metalem". Black Sabbath jest historią metalu, jeśli ktoś chce tworzyć jego przyszłość muzyki tego rodzaju musi ich znać. Gitarzysto! Basisto! Perkusisto! Wokalisto! Miksisto! Szczypczysto! Cośisto! Pora iść do najbliższego sklepu muzycznego i nabyć jakąś płytę Black Sabbath! Najlepiej Paranoid! :D
Jeszcze raz przepraszam za opóźnienia i zapraszam do komentowana i reklamowania mojego blogu jak i zespołu znajomych. Link tutaj do strony na facebooku tutaj -> Flavor

niedziela, 16 października 2011

Trzeci album: Rock Is Not Enough

Jako trzeci album opiszę "Rock Is Not Enough" formacji Acid Drinkers. Kwasożłopy to najlepsza polska kapela. Grają w klimatach trash metalu, perkusja odpowiednio nakindala, riffy są melodyczne i oparte na niskich tonach, a Titus jak zwykle dopełnia wszystko swoim głosem. Pomimo tego, że zespół pochodzi z Polski teksty są po angielsku, co wyszło na dobre - byli lepiej rozpoznawalni poza granicami. Ciężko było wybrać, który album mam opisywać - padło na "Rock Is Not Enough". To wydanie jak każde inne jest energiczne, traszowe, a co najważniejsze głośne. Dobrym przykładem tego klimatu jest utwór "The Ball and The Line". Nie znalazłem żadnych przekładów tej piosenki, nawet na tekstowo.pl nie było tłumaczenia. Po chwili zadumy stwierdziłem, że Titus najgłośniej krzyczy "I bend the ball to the line!" (zginam kulę do linii) co fizycznie jest niemożliwe - można to interpretować jako "Robię rzeczy niesamowite!". Jest w tym ziarno prawdy, utwór tworzy niesamowity klimat. W piosence słyszymy też "Join our sacred congregation" (dołącz do naszej świętej kongregacji) - każdy jest w stanie dołączyć do ludzi, którzy zmieniają świat. Bardzo optymistyczny akcent. Pierwsze myśli jakie mi przyszły do głowy było zrobienie z bezładnej kuli pogo dwie linie by zderzyły się w ścianie śmierci :) Dawno nie pogowałem. Ten kawałek byłby niesamowicie dobry do pogo - nieskończone bisy prowadziłyby to czystej rzeźni :D

Niestety nie znalazłem nic na youtube
więc wrzucam tylko mp3 z wrzuty.03 - the ball and the line

Utwór który kończy album jest jak wiśnia w środku tortu - dopełnia wszystko tworząc ideał. Wystarczy popatrzeć na komentarze na youtube - "mnie ta piosenka przekonła do acidów:D metal z nawyższej półki ale ich koncert to było przeżycie:D Acidy to ostoja polskiego metalu najlepszy zespół:)" napisane przez ChaosHaKeR. Mówię tu o "Hate Unlimited". Spokojne wejście robi miejsce do sukcesywnego rozpędzania się utworu. Cały utwór ma dosyć sarkastyczny wyraz
"Czy moglibyście wypić truciznę, proszę?
A potem malowniczo umrzeć?
Czy palniesz w telewizji na żywo
Hej, ludzie, powieście tego człowieka!"
Mowa tu z pewnością o sztuczności świata, o bólu, o którym się zawsze mówi za dużo. Wchłaniamy to co nam przekaże telewizja, karmimy się faktami o potopie z Indonezji by zaraz się śmiać z tego, że używają busa jako łódki(bus can swim!), zaraz po tym mówimy o huraganach, by niedługo po tym klepać się po plecach, że tak mało było ofiar. Tworzy się błędne koło. Piosenka eksploduje w słowach
"Później lepiej będzie, byś zatańczył tak, jak Ci zagram
I powiedział to, co chcę usłyszeć
Nie widzę innej opcji."
by utwierdzić nas, że tego nie zmienimy. (napisałem to przed obejrzeniem teledysku - jestem genialny! :D)

Kawałki na tej płycie to:

  1. Extreme Entertainment Group Of Oddities (E.E.G.O.O.)
  2. Hurts More Than Death
  3. Ball And The Line
  4. Fill Me [In 100%]
  5. Black Blood Canyon
  6. When You Say to Me "Fuck You" Say It Louder
  7. Stray Bullets
  8. Jennifer And Ben
  9. Primal Nature
  10. Hate Unlimited

Omg pisanie tych postów zaczyna mi sprawiać przyjemność, coraz bardziej wiem czego słucham! Co do Kwasożłopów to ze 2 albumy lądują w telefonie - będą pełnić mojego soundtracku na najbliższy miesiąć :)) Wybaczcie, że post wyszedł tak późno, jednak miałem sobotnie "nic mi się nie chce". Mam nadzieję, że mój blog coraz bardziej się wam podoba ;) Piszcie może w komentach czego nie dociągnąłem. Bądź co bądź chciałbym mieć większą rzeszę czytelników, więc porady pomogłyby mi podrasować jakość! Trzymajcie się mocno!

sobota, 8 października 2011

Drugi album: Ashes Against the Grain

Ashes Against the Grain to album amerykańskiego zespołu melodic-black-metalowego Agalloch(Agalloch po angielsku oznacza wonną żywicę drzewa aloesowego (Aquilaria agallocha)). Album został oficjalnie wydany 2 marca 2007 roku. Jest to zdecydowanie najlepszy album tego zespołu. Jego nostalgiczne brzmienie bije na łeb wiele innych wykonawców tego typu, powolne melodie, odpowiednio zgrana gitara rytmiczna sprawia, że w tą muzykę można się wtopić. Zimny klimat czuć już po pierwszych sekundach, dosyć monotonny układ utwórów sprawia, że ta muzyka doskonale nadaje się do spania czy po prostu do odprężenia i pozbierania myśli. Po zamknięciu oczu widzimy jedynie czerń i biel - czarne kontury drzew ogołoconych z liści na białym śniegu, wykonawcy z pewnością chcieli uzyskać taki efekt za co należą się im najwyższe wyrazy szacunku. Na szczególną uwagę zasługuje tutaj również trzy częściowy utwór "Our Fortress Is Burning". Sam tytuł nie przynosi na myśl nic wesołego. W akcie pierwszym czuję wyjątkową aurę spokoju, forteca niczego się nie spodziewa. Na końcu kawałek staje się coraz cichszy - cisza przed burzą. Druga część "trylogii" zaczyna się dosyć intensywnie. Forteca staje w płomieniach. W środku słyszymy wysokie tony, nieco szybsze tempo i dosyć chaotyczną melodię, całość kończy się growlem i nagłym spowolnieniem. Forteca się wali, ostatnie deski padają w płomieniach. Ostatnia część przez całą swą długość nie przedstawia niczego konkretnego, szum i pojedyncze nuty. Fortecy już nie ma, zgliszcza giną zasypywane śniegiem. Forteca jest zapomniana.

Utwór rozpoczynający płytę - "Limbs" jest równie wspaniały jak zakańczające ją "Our Fortress Is Burning". Rozpoczyna się wysokimi tonami, zaraz potem wchodzi gitara rytmiczna - już po pierwszej minucie słychać niezwykły klimat i mistrzowskie wykonanie. Dalej jest coraz lepiej. Melodia jest coraz bardziej urozmaicana całość coraz bardziej wciąga. Nagle się kończy, by powstać w spokoju na nowo. Po ładnym przejściu wracamy do starego klimatu utworu. Całość znowu się rozkręca by nagle eksplodować przy śpiewie. Całość opowiada o zapomnieniu, słyszymy "To hymn rozbrzmiewa od drzewa do drzewa, przez co ponury konar śpiewa" - został tylko pusty las. Ostatnie minuty są prawdziwie nostalgiczne - czuć że coś straciliśmy, coś na czym nam zależało. Już tego nie odzyskamy i trzeba się z tym pogodzić.

Utwory na płycie to:

  1. Limbs
  2. Falling Snow
  3. This White Mountain On Which You Will Die
  4. Fire Above, Ice Below
  5. Not Unlike The Waves
  6. Our Fortress Is Burning... I
  7. Our Fortress Is Burning... II - Bloodbirds
  8. Our Fortress Is Burning... III - The Grain

No, dzisiaj wpadłem na pomysł nieco innego zorganizowania postów. Dodałem okładkę albumu i rozpiskę utworów na końcu(poprzedni post też uzupełnię) :) Przez cały czas pisania postu słuchałem tego albumu i śmiało mogę stwierdzić, że jest to prawdziwy majstersztyk. Polecam szczególnie słuchanie na dobrych słuchawkach w autobusie. Mimo ponurego klimatu album nastawia pozytywnie. Myślę, że parę osób polubi taką muzykę, na zbliżający się sezon jesienny i zimowy takie coś potrafi być prawdziwym skarbem.
Następny post za tydzień! Pozdrawiam czytelników :D

sobota, 1 października 2011

Pierwszy Album: The High End Of Low

Zacznijmy więc od końca.  "The high end of low" to ostatni album jednego z moich ulubionych artystów: Marilyna Mansona. Wyszedł 26 maja 2009 roku. 40 letni wykonawca ukazuje w niej cały swój kunszt i doświadczenie, które zebrał przez 15 lat niezwykle głośnej kariery, mam tu głównie na myśli kompozycję utworów. Piosenki jendak nie są jednak tak mocno naładowane energią, agresją i nienawiścią kawałki jak te z poprzednich lat, kiedy to jeszcze wypełniał swą "misję" światowego antychrysta, było to widać już w poprzednim albumie "Eat Me Drink Me". Nieudolne próby imitowania dawnej dynamiki młodego jeszcze wokalisty(We Are From America, Arma-Goddamn-Motherfickin-Geddon czy chociażby Leave a Scar) przeważają jednak wolniejsze kawałki(praktycznie wszystkie inne) i to właśnie one sprawiły, że opisuję ten album jako pierwszy.

Opiszę teraz moje dwa ulubione kawałki. "Wow" to pierwszy utwór, który włączyłem, na początku wydał mi się dosyć chaotyczny. W sumie jest taki, lecz po kilkukrotnym przesłuchaniu przekonałem się, ktoś taki jak Marilyn Manson jest w stanie bezbłędnie zapanować nad chaosem. Co może niektórych zdziwić w tym kawałku nie ma ani grama gitary, jest dosyć psychodeliczna i nikt się tu nie drze ;) Jest to po prostu bardzo dobrze skomponowana kupa syntezatorów i efektów. Jej klimat w połączeniu z tym chorym OFICJALNYM "teledyskiem" potrafi dostarczyć wrażeń, których szybko nie zapomnimy. Gdy wtapiam się w tą piosenkę na myśl przychodzą stojące nade mną zakrwawione klauny z nożami, ot takie wyobrażenie, lewa półkula mózgu ;)
Tekst
I powiedziałaś "lepiej traktuj mnie inaczej, bo jak nie..."
"bo jak nie..." wydawało się głupią pieprzoną rzeczą do
powiedzenia komuś takiemu, jak ja..
Komuś jak ja
jest kwintesencją tego utworu. Tematem jest tu po prostu miłość, a raczej przeszkody. Manson nie mógł się nigdy ustatkować jeśli chodzi o kobiety, w sumie nie dziwię się. Dacie wiarę, że tak wielki artysta, który miał po koncertach tuziny panienek(w przebieralni Manson każe wychładzać pomieszczenie aby dziewczynom, które go odwiedzają przed lub po koncercie odpowiednio sterczały sutki) , miał kilka stałych partnerek?

15 to utwór który powstał w 40 urodziny artysty. W nim to właśnie Manson podsumowywuje swoje życie. Tekst jest przepełniony wewnętrznymi rozterkami, jego ból to czego nie zdołał zachować. Na koniec dodam, że Twiggy Ramirez - pierwszy gitarzysta Mansona powrócił do składu po 6 latach przerwy. Jego wpływ na samotnego wokalistę jest tu z pewnością niesamowity. Myślę właśnie, że to jego wsparcie dało Marylinowi siłę do napisania tak odważnego tekstu.

Utwory na tej płycie to:

  1. "Devour" - 3:45
  2. "Pretty as a Swastika" (wersja ocenzurowana: "Pretty as a ($)") - 2:45
  3. "Leave a Scar" - 3:54
  4. "Four Rusted Horses" - 5:00
  5. "Arma-Goddamn-Motherfuckin-Geddon" - 3:39
  6. "Blank and White" - 4:27
  7. "Running to the Edge of the World" - 6:25
  8. "I Want to Kill You Like They Do In the Movies" - 9:01
  9. "WOW" - 4:55
  10. "Wight Spider" - 5:32
  11. "Unkillable Monster" - 3:43
  12. "We're From America" - 5:04
  13. "I Have to Look Up Just to See Hell" - 4:11
  14. "Into the Fire" - 5:14
  15. "15" - 4:20

Dobra długo mi zajęło pisanie tego postu, zapomniałem dodać, że muzyka Marilyna Mansona wyjątkowo mi się nie nudzi, w odróżnieniu do innych :D
Trzymajcie się mocno!